niedziela, 20 marca 2011

Po co właściwie uczyć się języków?

Witam Was po bardzo długiej przerwie i - nareszcie byłam na zasłużonym urlopie!
:)

Cieszę się, że mojego bloga czyta coraz więcej osób i mam nadzieję, że liczba czytelników stale będzie się powiększać.

Dziś chciałabym poruszyć temat, który trapi mnie właściwie od momentu, w którym zaczęłam studiować języki obce: Po co właściwie ludzie uczą się / studiują języki obce? Kiedy zaczynałam studia, byłam dość poważnie stuknięta na punkcie nauki (szczególnie języków obcych), czułam głód wiedzy i starałam się dawać z siebie wszystko, mimo problemów językowych. Wielu moich przyjaciół miało podobne podejście, a nawet jeśli niektórzy z nich podchodzili do nauki nieco lżej niż ja, starali sie traktować całą sprawę dość poważnie. W końcu, do cholery, nikt nas nie zmuszał do przyjścia na tę właśnie uczelnię i studiowania tego właśnie kierunku.

Trudno opisać, jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy poszłam na pierwszy kurs językowy. Nagle usłyszałam narzekania, pretensje, utyskiwania... Robiło mi się słabo i zastanawiałam się, po co ci ludzie tu są. Oczywiście nie wymagam od nikogo, żeby uczył się danego języka tyle a tyle czasu z taką i taką częstotliwością, bo to prywatna sprawa każdego z nas... Jednak nóż mi się w kieszeni otwierał, kiedy pewna ruda panienka przychodziła na dziesiąte z kolei zajęcia i jedyne, co potrafiła powiedzieć, to: "YYyyy... Weiß ich nicht... Я не знаю". W końcu zrezygnowała. Druga z kolei rozwaliła mnie tym, że przez 3 miesiące nauki nie przeczytała poprawnie ŻADNEGO zdania z podręcznika, mimo że przez kilka pierwszych tygodni wałkowalismy alfabet, a akcenty nad wyrazami stały jak byk. I nie był to brak talentu, tylko zwykłe lenistwo. Panna generalnie uważała za bardzo zabawne, że codziennie tracimy przez nią pół godziny, czekając, aż wreszcie wymówi w miarę poprawnie trzy zdania na krzyż.

Mieliśmy w grupie również pewnego Niemca z pseudo-trzydniowym zarostem, pana Know-It-All, który wiedział absolutnie wszystko, począwszy od sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie, kończąc na sposobach walki z epidemią Eboli. Imię pominę, nazywajmy go po prostu panem T. Pan T. nigdy nie kupił podręcznika do nauki rosyjskiego, bo uznał, że go nie potrzebuje. Jego znajomość rosyjskiego opierała się na znajomości kilku słówek na krzyż, bez jakiegokolwiek pojęcia o gramatyce. Wpadł, kiedy doszliśmy do przypadków. Ja jestem wyrozumiały człowiek, ale jeśli ktoś nagle oświadcza, że czegoś się nie nauczy, bo z języku niemieckim to nie jest dopełniacz, tylko biernik, a Ruskie to są w ogóle głupie, bo mają inaczej, to mam ochotę spytać dość wulgarnie: "To po co tu, chłopcze, siedzisz?".

Mieliśmy w grupie również pewną Chorwatkę. Dość miła babeczka... 38 lat, dzieci. I któregoś dnia, podczas przerwy na papierosa podchodzi do mnie oświadczając: "Ty, te Ruskie to są jednak popieprzone. No który normalny naród pozamieniałby literki, tak żeby "u" to było "i" albo..." (i tu podaje mi kilka przykładów głupoty narodu i języka rosyjskiego). "Bo słuchaj Ula, ja wiem, czemu oni to tak zrobili! Oni to specjalnie, żeby nikt nie mógł od razu rozczytać ich pisma! To była obrona militarna!" Zgłupiałam i nie bardzo wiedziałam, co jej powiedzieć, zdobyłam się jedynie na którkie "aha". Babeczka zabiła mnie wyjeżdżając z tym samym tekstem do naszego wykładowcy klika godzin później...
Chorwatka generalnie miała fajne pomysły: Ciągle pytała o etymologię poszczególnych wyrazów i dlaczego pisze się "упражнение", a nie "упражниние" - bo ona by napisała inaczej. Aha, no to fajnie masz.
A czemu krzesło nazywa się po rosyjsku "стул"? "Czy oni czekali, aż Niemcy wymyślą nazwę? Nie mieli wcześniej krzeseł?". Po kilku takich numerach unikałam kobity jak ognia...

Pominę milczeniem ludzi, którzy wiecznie spóźniali się na zajęcia, wiecznie byli nieprzygotowani i generalnie całą tą naukę mieli w dupie. Jednak z drugiej strony zastanawiało mnie zawsze, po co oni tam są? Po co studiować kierunek językowy, jeśli nie ma się albo talentu albo ochoty na naukę? Albo jednego i drugiego? Po co utrudniać naukę innym? Przecież język obcy to nie coś, co należy zakuć, zaliczyć i zapomnieć! Przecież uczymy się tego dla siebie!
Chwilami było mi po prostu przykro. I huk z tym, że ja z tych zajęć nie wynosiłam dużo - na szczęście miałam troche samozaparcia i sama bawiłam się w domu z rosyjskim. Szkoda mi było wykładowcy, który w nauczanie wkładał całe serce i starał się jak mógł przybliżyć nam kulturę rosyjską i ułatwić naukę języka. Zmusić do nauki nikogo nie można, ale w końcu jesteśmy dorosłymi ludźmi (przynajmniej na papierze) i powinniśmy umieć podejmować pewne decyzje - również te związane z naszą przyszłością.

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę dużo optymizmu w nadchodzącym tygodniu!
ula