wtorek, 3 maja 2011

Jakie znam języki? No polski...

Czy aby na pewno?

Chęć ułatwienia sobie nauki na zagranicznym uniwersytecie skłoniła mnie do wybrania polskiego jako jednego z trzech języków, których chcę się uczyć. Stwierdziłam, że z polskim nie powinnam mieć problemów, nie robię błędów ortograficznych, składniowcyh też raczej niewiele i generalnie czułam się raczej mocna.

Pierwszy semestr przeleciał raczej spokojnie, choć przy tłumaczeniach polsko-niemieckich mieliśmy trochę problemów. W pamięci zapadł mi przykład legendy o Smoku Wawelskim. W polskim tekście było napisane, że smok miał łapy. Większość z nas przetłumaczyła to słowo jako "Pfoten". Na zajęciach okazało się jednak, że część osób użyła słowa "Klauen", co dosłownie oznacza "pazury", bo "łapy" wydały im się głupie. Bo smok nie ma łap tylko pazury. I tu zaczęła się długa dyskusja na temat tego, co ma smok :)

Ja nawet lubiłam takie sytuacje, bo można było się pośmiać i taka dyskusja wprowadzała w nasze zajęcia trochę różnorodności. Zdziwiłam się dopiero robiąc tzw. "polski IV", czyli ostatni semestr języka. Tłumaczyliśmy z niemieckiego na polski i miało być fajnie, bo łatwo. Zamiast naszej docentki dostaliśmy jednak do dyspozycji panią S., kobietę mającą co najmniej dziwny pogląd na kwestię tłumaczenia z języka obcego, wymagającą od nas tłumaczenia tekstów słowo w słowo, bez względu na to, jak idiotycznie miało to brzmieć. Szlag mnie trafiał, bo nie byłam w stanie czegoś takiego stworzyć. Dla mnie tekst ma brzmieć. Nie raz i nie dwa sama wściekałam się na gównianych tłumaczy obcojęzycznych książek. Z panią S. nie było jednak dyskusji.

R. i ja byłyśmy tam na początku jedynymi Polkami. R. odpadła juz pierwszego dnia wstając w środku zajęć, zgarniając swoje rzeczy i wychodząc z sali. Powiedziała... No dobra, nie nadaje się to do cytowania :) Stwierdziła, że nie wróci na te zajęcia, że ta baba jest nienormalna i R. nie da sobie dmuchać w kaszę.
Ja jakoś wytrzymałam do końca zajęć, chociaż też myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, kiedy babka nie uznała mojego tlumaczenia jakiegoś tam zdania (już w tej chwili dokładnie nie pamiętam, jak brzmiało po niemiecku) i kazała mi zapisać taką perełkę: "Polska literatura stanęła między patriotycznym "obowiązkiem" a "oporem". Zapisałam po czym zapytałam, co to znaczy. Bo ja nie czaję. Po pierwsze moim zdaniem literatura jako nieożywione "coś" nie może sobie "stanąć" - to raz. Poza tym nie rozumiem znaczenia słów "obowiązek" i "opór", bo to z tekstu nie wynika, a to zdanie to sobie chyba sama wymyśliła. Rozgorzała gorąca dyskusja, w której w końcu stwierdziłam, że nie dam z siebie robić kretyna i napiszę po swojemu. A jak mi nie uzna na egzaminie, to zrobię taki wiatrak, że się zdziwi.

Inna sprawa, że te teksty były po prostu głupie. Już tydzień później znów dostaliśmy tekst, w którym tym razem "sztuka protestowała". Gwoździem do trumny okazało się zdanie "Pisarze poruszali niedozwolone treści". Użycie przeze mnie wyrażenia "pisarze zajmowali się niedozwolonymi tematami" pani S. uznała za głupie. I vice versa.

Skończyło się tym, że poszłam na skargę do docentki i powiedziałam, że albo ta baba się uspokoi albo ja tam więcej nie pójdę.

"Literatura usiłuje opisać losy ludzkiej egzystencji w sposób niezakłamany" (sic!). Napisałam "zgodny z prawdą/bez zakłamania". Źle. Za daleko od oryginalnego tekstu.

Kobieta próbowała mi tez wmówić, że forma "na przełomie lat 60-tych" jest poprawna. To ja jej mówię: ale na przełomie lat 60-tych i czego? 50-tych i 60-tych? 60-tych i 70-tych? Nie, po prostu 60-tych. No to tłumaczę jej jak chłop krowie na rowie, że przełom oznacza okres pomiędzy. Że nie może być "przełom lat 60-tych". Potrzebowała dwóch godzin, żeby przyznać mi rację.

Ja na tych zajęciach głupiałam. Nie wiedziałam już w końcu co jest poprawne, a co nie. Autentycznie zwątpiłam, jak babka opieprzyła u nas jednego Ukraińca, że przetłumaczył "Unabhängigkeit" jako "autonomia" a nie "niepodległość". Że źle, że znaczenie jest inne. Nie było.

Nawet nie chce mi się dalej opisywać, chociaż przykładów jest jeszcze mnóstwo. Jedyne, czego sie tam nauczyłam, to że nigdy nie zostanę nauczycielem języka polskiego. Zastanawiałam się nad tym przez pewien czas, ale mi przeszło. Nie jestem Miodkiem i pewnie nigdy nim nie będę, ale wydawało mi się, że jako tako funkcjonuję ze swoją znajomością języka polskiego, a tu zonk. A, jeszcze mi się przypomniało: wielka burza, którą rozpętałam mówiąc, że nie zaczyna się zdania od "ale", "bo", "dlatego". Pani S. stwierdziła, że "obcokrajowcom wolno". Ręce mi opadły, szczególnie że tydzień wcześniej przyczepiła się do mnie za zaczęcie zdania od "prawdopodobnie"(?).

W końcu stwierdziłam, że mam to gdzieś. Po co się denerwować skoro i tak nie wygram. Egzaminu w końcu nie pisałam z powodów zdrowotnych i szczerze mówiąc mam nadzieję, że nie będę już miała przyjemności pisać ich u pani S. Mimo wszystko coś tam się we mnie gotuje na samo wspomnienie :) Na razie pnę do przodu ucząc się innych języków. Do polskiego mam niestety stosunek "zakuć, zaliczyć", ale nie bardzo się tym przejmuję. To tylko głupi egzamin, a życie toczy się dalej :)

Podobnego optymizmu życzę Wam! :)
ula