poniedziałek, 22 września 2014

O stronach typu "Language exchange" słów kilka.

Witam Was po baaardzo długiej przerwie.

Ostatni post napisałam półtora roku temu, wiem. W ciągu tego czasu sporo się zdarzyło, moje zainteresowania zmieniały się jak w kalejdoskopie - od mody, przez lakiery do paznokci i kosmetyki, gotowanie aż do powrotu do korzeni, czyli języków obcych. Starałam się też prowadzić jakieś tam blogi, ale żaden z tematów, kórym były poświęcone, nie okazał się wystarczająco interesujący, żeby skupić moją uwagę na dłużej niż kilka tygodni.

Jeśli chodzi o naukę języków, to póki co nic się nie zmieniło - wciąż uczę się chorwackiego (bośniackiego, czarnogórskiego, serbskiego - niepotrzebne skreślić), rosyjskiego i angielskiego. Niemieckiego się nie uczę, bo i tak mam go dość na codzień. Staram się czytać jak najwięcej po polsku, żeby nie sadzić byków i nie wyjeżdżać już z perełkami typu "Turczyn" (to akurat po chorwacku, ale i tak mi było głupio, jak z tym wyjechałam, a Mama popatrzyła na mnie jak na ufo) czy "Austrij... Austrija..." - no ni cholery nie mogłam sobie przypomnieć, jak po polsku nazywa się mieszkaniec Austrii. Z wrażenia znów zadzwoniłam do Mamy.

Trochę mnie to martwi, bo przecież mam mnóstwo kontaktu z językiem, naprawdę dużo czytam, rozmawiam po polsku czy oglądam filmy. Zawsze byłam pewna, że nie można zapomnieć języka ojczystego... i nadal się z tym zgadzam, z tym, że teraz dodałabym w nawiasie "ale pojedyncze słowa już tak".

W związku z tym, że ostatnio zaczęłam udzielać lekcji angielskiego pewnej 12-letniej dziewczynce, postanowiłam trochę się jeszcze podszkolić. Ot takie tam sprawy, które w zasadzie wydają się oczywiste i na poziomie szkoły podstawowej, ale jak mnie ktoś ni z tego ni z owego zapyta, to na chwilę zamieram.
Nie zawsze chce mi się czytać po angielsku, bo po prostu... tego nie cierpię. No drażni mnie interpunkcja, brakuje mi przecinków i czasem muszę czytać jedno dłuższe zdanie trzy razy zanim załapię, o co chodzi. Z językiem mówionym nie mam na szczęście takich problemów.

W związku z moją awersją do czytania po angielsku (chociaż nie powiem, czasami się zmuszę), postanowiłam odświeżyć swoje konta na stronach typu "language exchange". Nie wiem, ilu z Was orientuje się, o co chodzi, dlatego napiszę króciutko - są to strony internetowe, na których można skontaktować się z ludźmi z całego świata i stworzyć tandem językowy. Załóżmy, że chcę się uczyć mandaryńskiego chińskiego. Rejestruję się na takiej stronie i szukam Chińczyka, który chce się uczyć polskiego. Możemy umówić się na skype, wymieniać maile, listy, cokolwiek przyjdzie nam do głowy. To tak w wielkim skrócie.

Większość tego typu stron oferuje darmowe usługi, niektóre z nich są jednak częściowo bądź całkowicie płatne. Ale nie o tym.
Również na fejsbuku istnieje wiele stron czy grup zrzeszających osoby zainteresowane taką internetową wymianą językową. I to o nich przede wszystkim będzie mowa.

Kiedy już uda nam się wpełznąć do takiej grupy, najlepiej napisać, jakie języki się zna i jakich poszukuje. Tutaj też trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nie wiem jak komu, ale mnie na przykład średnio odpowiada nauka angielskiego z ledwo potrafiącym się w tym języku przedstawić Algierczykiem, Egipcjaninem czy innym Syryjczykiem. Jeśli już mam się uczyć, to z native speakerem i to z kraju anglosaskiego. Mój wybór, moje prawo. Niestety, ww. osobników jest na tego typu stronach całe multum, a ja, jak już pisałam w jednym z postów, nie jestem zwolenniczką zbyt bliskich kontaktów z obywatelami krajów arabskich. Szczególnie teraz, kiedy w Syrii odbywa się cały ten przerażający cyrk z PI, a Syryjczycy nagle chcą się uczyć niemieckiego. Jasne, tylko publicznych dekapitacji nam tu jeszcze brakuje. Ale odbiegłam od tematu.

Głowny problem ze stronami na fejsie polega na tym, że bez względu na to, jaki język wybierzecie (szczególnie dziewczyny), od razu znajdzie się dwudziestu chłopa o imionach Rafik, Tofik i Ahmed, którzy nagle ciężko marzą o tym, żeby mówić po polsku/szwedzku/swahili (niepotrzebne znów skreślić). W zamian proponują naukę kurdyjskiego, punjabi, arabskiego, czy tureckiego (przy czym z tym ostatnim mam jeszcze najmniejszy problem). I nie dociera, że nie, nie jestem zainteresowana arabistyką, skoro jak byk napisałam, że szukam rosyjskiego i chorwackiego. Część z nich po prostu pisze pod postem "add me: sweetahmed@xxx.com / skype: xxx..." Żadnego "dzień dobry" czy choćby "pocałuj w dupę", nie. Od razu "dodaj mnie". A jak zapytacie, czy znają poszukiwany przez Was język, to tak, oczywiście. Bo u nich angielski to język urzędowy (taaa, szczególnie w Syrii) albo od X lat są nauczycielami języka. A walą takie błędy, że dziecko z podstawówki by się uśmiało, poważnie.

Czasem można poznać kogoś fajnego. Kiedyś tam często gadałam z jedną laską z Mińska, ona bardzo dobrze znała polski, a ja bardzo słąbo rosyjski ;) Ale i tak się dogadywałyśmy. Przez dłuższy czas miałam też kontakt z gościem z Dubaju ;), a nawet Indii. Ot tak, żeby sobie pogadać, dowiedzieć się trochę o innych kulturach. Przez internet poznałam też pewnego młodziutkiego Boszniaka, który od tego momentu ciągle zaprasza mnie do Sarajewa na ślub. Nasz ślub. :)

Czasami jednak trafi się na jakiś taboret, ćwierćinteligenta albo inne ufo. Albo kompletnie nie zna angielskiego albo interesuje go tylko rozmiar moich cycków i kod na wadze. Gonię w cholerę, ale i tak za każdym razem się wściekam, bo przecież ni po to tracę swój czas. Niestety, ryzyko jest i będzie, takie są już internety...

Mimo wszystko chciałam bardzo polecić Wam tę formę nauki języka obcego. Oczywiście o ile jesteście już w stanie wydukać kilka zdań ;) Jeśli boicie się kompromitacji, możecie na początku tylko wymieniać się mailami z partnerem i prosić o ewentualną korektę. Ja w tej chwili koresponduję w ten sposób po rosyjsku, choć muszę przyznać, że poza przecinkami nie robię wielu błędów. Aż sama jestem zaskoczona.

Jeśli zdecydujecie się na taką formę rozrywki, być może nieco pomoże Wam kilka moich rad. Możecie się do nich zastosować, ale oczywiście nie musicie ;)

1. Nie rejestrujcie się pod własnym nazwiskiem (szczególnie na fejsie). Najlepiej załóżcie anonimowe konto i używajcie jedynie pseudonimów.
2. W razie pytań o wzrost, wagę czy ewentualnych próśb, aby pokazać swoją figurę, gońcie delikwenta na cztery wiatry. Raczej nie chodzi mu o wymianę języków, przynajmniej nie tych, na których Wam zależy.
3. Unikajcie podejrzanych kontaktów, szczególnie z ludźmi mającymi w profilowym zdjęcie swojej gołej klaty tudzież innych strategicznych miejsc.
4. Jeśli naprawdę zależy Wam na porządnej nauce, starajcie się wybierać do tandemu tylko native speakerów. Im mniej błędów będziecie robili, im więcej ten ktoś będzie w stanie skorygować, tym lepiej dla Was.
5. Bądźcie ostrożni. Nie podawajcie prawdziwego adresu email, w którym widnieje Wasze imię i nazwisko. tutaj akurat bardzo przydatne są adresy typu "słodkikoteczek@miau.pl". To samo ze skypem. Załóżcie sobie konto pod jakimś tam pseudonimem. Im mniej obcy ludzie będą o Was wiedzieć, przynajmniej na początku znajomości, tym lepiej.

Na razie to chyba tyle. Nie będę Wam podawać linków do poszczególnych stron. Tych fajnych jest naprawdę niewiele i z pewnością natychmiast znajdziecie je w google :)

W kolejnym wpisie opowiem Wam o wrażeniach z polsko-ukraińsko-niemieckiej wymiany studenckiej, na którą udało mi się wyjechać w sierpniu tego roku :)

Trzymajcie się cieplutko i do następnego wpisu!
Ula

1 komentarz:

  1. Uśmiałam się na Rafikach i Tofikach ! :)
    Ja tak miałam, jak przyjechałam do Norwegii. Napisałam na couchsurfingu, że szukam koleżanek bo jestem tu au-pair i chciałabym znaleźć jakieś koleżanki, do podszkolenia języka i tak ogólnie, do przebywania razem. W odzewie dostałam trzy wiadomości (oczywiście!) od takich właśnie Rafików, typu "Hei miss, you are pretty, add me on Skype, I want date you. Kiss" - bardzo irytujące ! :)
    Pozdrawiam, Pati :)

    OdpowiedzUsuń