Witam Was po baaardzo długiej przerwie.
Ostatni post napisałam półtora roku temu, wiem. W ciągu tego czasu sporo się zdarzyło, moje zainteresowania zmieniały się jak w kalejdoskopie - od mody, przez lakiery do paznokci i kosmetyki, gotowanie aż do powrotu do korzeni, czyli języków obcych. Starałam się też prowadzić jakieś tam blogi, ale żaden z tematów, kórym były poświęcone, nie okazał się wystarczająco interesujący, żeby skupić moją uwagę na dłużej niż kilka tygodni.
Jeśli chodzi o naukę języków, to póki co nic się nie zmieniło - wciąż uczę się chorwackiego (bośniackiego, czarnogórskiego, serbskiego - niepotrzebne skreślić), rosyjskiego i angielskiego. Niemieckiego się nie uczę, bo i tak mam go dość na codzień. Staram się czytać jak najwięcej po polsku, żeby nie sadzić byków i nie wyjeżdżać już z perełkami typu "Turczyn" (to akurat po chorwacku, ale i tak mi było głupio, jak z tym wyjechałam, a Mama popatrzyła na mnie jak na ufo) czy "Austrij... Austrija..." - no ni cholery nie mogłam sobie przypomnieć, jak po polsku nazywa się mieszkaniec Austrii. Z wrażenia znów zadzwoniłam do Mamy.
Trochę mnie to martwi, bo przecież mam mnóstwo kontaktu z językiem, naprawdę dużo czytam, rozmawiam po polsku czy oglądam filmy. Zawsze byłam pewna, że nie można zapomnieć języka ojczystego... i nadal się z tym zgadzam, z tym, że teraz dodałabym w nawiasie "ale pojedyncze słowa już tak".
W związku z tym, że ostatnio zaczęłam udzielać lekcji angielskiego pewnej 12-letniej dziewczynce, postanowiłam trochę się jeszcze podszkolić. Ot takie tam sprawy, które w zasadzie wydają się oczywiste i na poziomie szkoły podstawowej, ale jak mnie ktoś ni z tego ni z owego zapyta, to na chwilę zamieram.
Nie zawsze chce mi się czytać po angielsku, bo po prostu... tego nie cierpię. No drażni mnie interpunkcja, brakuje mi przecinków i czasem muszę czytać jedno dłuższe zdanie trzy razy zanim załapię, o co chodzi. Z językiem mówionym nie mam na szczęście takich problemów.
W związku z moją awersją do czytania po angielsku (chociaż nie powiem, czasami się zmuszę), postanowiłam odświeżyć swoje konta na stronach typu "language exchange". Nie wiem, ilu z Was orientuje się, o co chodzi, dlatego napiszę króciutko - są to strony internetowe, na których można skontaktować się z ludźmi z całego świata i stworzyć tandem językowy. Załóżmy, że chcę się uczyć mandaryńskiego chińskiego. Rejestruję się na takiej stronie i szukam Chińczyka, który chce się uczyć polskiego. Możemy umówić się na skype, wymieniać maile, listy, cokolwiek przyjdzie nam do głowy. To tak w wielkim skrócie.
Większość tego typu stron oferuje darmowe usługi, niektóre z nich są jednak częściowo bądź całkowicie płatne. Ale nie o tym.
Również na fejsbuku istnieje wiele stron czy grup zrzeszających osoby zainteresowane taką internetową wymianą językową. I to o nich przede wszystkim będzie mowa.
Kiedy już uda nam się wpełznąć do takiej grupy, najlepiej napisać, jakie języki się zna i jakich poszukuje. Tutaj też trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nie wiem jak komu, ale mnie na przykład średnio odpowiada nauka angielskiego z ledwo potrafiącym się w tym języku przedstawić Algierczykiem, Egipcjaninem czy innym Syryjczykiem. Jeśli już mam się uczyć, to z native speakerem i to z kraju anglosaskiego. Mój wybór, moje prawo. Niestety, ww. osobników jest na tego typu stronach całe multum, a ja, jak już pisałam w jednym z postów, nie jestem zwolenniczką zbyt bliskich kontaktów z obywatelami krajów arabskich. Szczególnie teraz, kiedy w Syrii odbywa się cały ten przerażający cyrk z PI, a Syryjczycy nagle chcą się uczyć niemieckiego. Jasne, tylko publicznych dekapitacji nam tu jeszcze brakuje. Ale odbiegłam od tematu.
Głowny problem ze stronami na fejsie polega na tym, że bez względu na to, jaki język wybierzecie (szczególnie dziewczyny), od razu znajdzie się dwudziestu chłopa o imionach Rafik, Tofik i Ahmed, którzy nagle ciężko marzą o tym, żeby mówić po polsku/szwedzku/swahili (niepotrzebne znów skreślić). W zamian proponują naukę kurdyjskiego, punjabi, arabskiego, czy tureckiego (przy czym z tym ostatnim mam jeszcze najmniejszy problem). I nie dociera, że nie, nie jestem zainteresowana arabistyką, skoro jak byk napisałam, że szukam rosyjskiego i chorwackiego. Część z nich po prostu pisze pod postem "add me: sweetahmed@xxx.com / skype: xxx..." Żadnego "dzień dobry" czy choćby "pocałuj w dupę", nie. Od razu "dodaj mnie". A jak zapytacie, czy znają poszukiwany przez Was język, to tak, oczywiście. Bo u nich angielski to język urzędowy (taaa, szczególnie w Syrii) albo od X lat są nauczycielami języka. A walą takie błędy, że dziecko z podstawówki by się uśmiało, poważnie.
Czasem można poznać kogoś fajnego. Kiedyś tam często gadałam z jedną laską z Mińska, ona bardzo dobrze znała polski, a ja bardzo słąbo rosyjski ;) Ale i tak się dogadywałyśmy. Przez dłuższy czas miałam też kontakt z gościem z Dubaju ;), a nawet Indii. Ot tak, żeby sobie pogadać, dowiedzieć się trochę o innych kulturach. Przez internet poznałam też pewnego młodziutkiego Boszniaka, który od tego momentu ciągle zaprasza mnie do Sarajewa na ślub. Nasz ślub. :)
Czasami jednak trafi się na jakiś taboret, ćwierćinteligenta albo inne ufo. Albo kompletnie nie zna angielskiego albo interesuje go tylko rozmiar moich cycków i kod na wadze. Gonię w cholerę, ale i tak za każdym razem się wściekam, bo przecież ni po to tracę swój czas. Niestety, ryzyko jest i będzie, takie są już internety...
Mimo wszystko chciałam bardzo polecić Wam tę formę nauki języka obcego. Oczywiście o ile jesteście już w stanie wydukać kilka zdań ;) Jeśli boicie się kompromitacji, możecie na początku tylko wymieniać się mailami z partnerem i prosić o ewentualną korektę. Ja w tej chwili koresponduję w ten sposób po rosyjsku, choć muszę przyznać, że poza przecinkami nie robię wielu błędów. Aż sama jestem zaskoczona.
Jeśli zdecydujecie się na taką formę rozrywki, być może nieco pomoże Wam kilka moich rad. Możecie się do nich zastosować, ale oczywiście nie musicie ;)
1. Nie rejestrujcie się pod własnym nazwiskiem (szczególnie na fejsie). Najlepiej załóżcie anonimowe konto i używajcie jedynie pseudonimów.
2. W razie pytań o wzrost, wagę czy ewentualnych próśb, aby pokazać swoją figurę, gońcie delikwenta na cztery wiatry. Raczej nie chodzi mu o wymianę języków, przynajmniej nie tych, na których Wam zależy.
3. Unikajcie podejrzanych kontaktów, szczególnie z ludźmi mającymi w profilowym zdjęcie swojej gołej klaty tudzież innych strategicznych miejsc.
4. Jeśli naprawdę zależy Wam na porządnej nauce, starajcie się wybierać do tandemu tylko native speakerów. Im mniej błędów będziecie robili, im więcej ten ktoś będzie w stanie skorygować, tym lepiej dla Was.
5. Bądźcie ostrożni. Nie podawajcie prawdziwego adresu email, w którym widnieje Wasze imię i nazwisko. tutaj akurat bardzo przydatne są adresy typu "słodkikoteczek@miau.pl". To samo ze skypem. Załóżcie sobie konto pod jakimś tam pseudonimem. Im mniej obcy ludzie będą o Was wiedzieć, przynajmniej na początku znajomości, tym lepiej.
Na razie to chyba tyle. Nie będę Wam podawać linków do poszczególnych stron. Tych fajnych jest naprawdę niewiele i z pewnością natychmiast znajdziecie je w google :)
W kolejnym wpisie opowiem Wam o wrażeniach z polsko-ukraińsko-niemieckiej wymiany studenckiej, na którą udało mi się wyjechać w sierpniu tego roku :)
Trzymajcie się cieplutko i do następnego wpisu!
Ula
poniedziałek, 22 września 2014
środa, 29 maja 2013
Językowy horror.
Z tytułem może trochę przesadziłam, jednak muszę przyznać, że mam coraz większe obawy co do swoich umiejętności bezstresowego przełączania między językami...
Zacznijmy od początku. Jestem w trakcie przeprowadzki. Nie pierwszej i nie ostatniej w tym roku :) W ciągu tego okresu udało mi się zmusić/przekonać (niepotrzebne skreślić) swojego mężczyznę do prowadzenia ze mną rozmów po chorwacku. W domu. Codziennie. Najlepiej cały czas.
Bardzo się cieszę, że w końcu się przekonał. Do je pory jego jedynym argumentem było: "Nie będziesz mnie rozumieć". A ja, jako że uparte ze mnie stworzenie, powtarzałam, że ze zrozumieniem to ja akurat żadnych problemów nie mam, gorzej u mnie z mówieniem i jak chcę się nauczyć i jeśli on chce, żebym się nauczyła, to nie ma, że boli. Jedziemy z chorwackim.
Codziennie rozmowy, a przede wszystkim słuchanie tego, co do mnie mówi, bardzo szybko przyniosło efekty... Mówię dośc pewnie, w miarę szybko, rzadko dłużej muszę zastanowić sie nad jakimś słowem. Ale... No właśnie, "ale". Nie samym chorwackim człowiek żyje. W związku z tym, że wśród moich znajomych jest niewielu Niemców, mój kontakt z tym językiem ogranicza się do czasu spędzonego na uczelni. Coraz częściej zdarza się, że zapominam niektórych słow albo mam problem z przypomnieniem sobie synonimów. Na szczęście isnieje "Duden.de" (swoją drogą, polecam wszystkim, którzy nie mają w domu słownika j. niemieckiego, a potrzebują np. odmiany czy rodzajnika - mnie już kilka razy uratował tyłek).
Konkretny problem zauważyłam np. w trakcie trwania seminarium "tłumaczenia chorwacko-niemieckie" (z którym zresztą od niedawna dałam sobie spokój, bo się zwyczajnie nie wyrabiam, ale to inna historia). Dowcip polegał na tym, aby w miarę poprawnie i wiernie (ale nie tak wiernie, jak w przypadku mojej dobrej znajomej - pani S.) przetłumaczyć na język niemiecki chorwacki, bośniacki lub serbski tekst. Ze zrozumieniem, poza bośniackimi tekstami, nie miałam większych problemów, ale kiedy przyszło co do czego i trzeba je było ładnie przetłumaczyć na niemiecki, okazywało się, że nagle zapominałam, jak na przykład tworzy się szyk zdania w niemieckim! W niemieckim, z którym przecież od 6 lat mam codziennie do czynienia!
Inny problem pojawia się przy nauce rosyjskiego. W zasadzie nigdy nie sądziłam, że te dwa języki mogą mi się kiedyś pomylić. Mimo wszystko często mylę koniugacje. Dziś na przykład walnęlam coś w stylu "Они ненавижут" - totalna głupota. "Я ненавижу", ale "они ненавидят". Odmianę chorwacką, w której czasowniki w 3. os. l. mn. często kończą się na "u" popieprzyłam z odmianą rosyjską, w której czasowniki kończą się co prawda na ут/ют, ale również na "ат/ят. I zakończyłam stwierdzeniem, że muzułmanie po rosyjsku nazywają się "муслиманы". Znów chorwackie słowo. Myślałam, że jak je wypowiem z ruskim akcentem, to od razu będzie charaszo :) Nie było... Dawno nie widziałam swojego wykładowcy z tak wytrzeszczonymi oczami :)
Na szczęśćie w czwartym semestrze udało mi się nareszcie znależć tandem-partnerkę. Ona pomaga mi w rosyjskim, gada ze mną, ja czytam na głos, ona mnie poprawia... I na odwrót. Strasznie sie cieszę, bo szkoda mi tego rosyjskiego. Gramatykę opanowałam w stopniu (mnie osobiście) zadowalającym, ale mówienie ciągle sprawia mi trudności. Ostatnio znalazłam jakiś darmowy angielsko-rosyjski kurs językowy. Ściągnęłam sobie w postaci mp3 i staram się słuchać kilka razy w tygodniu, np. przy zmywaniu naczyń czy wykonywaniu innych fascynujących czynności :D
Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie. Na razie walczę. Żadnego z języków nie stawiam na pierwszym miejscu, ponieważ chciałabym w miarę możliwości opanować wszystkie i nie zapomnieć żadnego z nich. Przede mną sporo pracy, a te cholerne przeprowadzki mnie wykańczają :)
Życzę Wam milego weekendu oraz jak najmniej stresu i językowych horrorów! ;)
ula
Zacznijmy od początku. Jestem w trakcie przeprowadzki. Nie pierwszej i nie ostatniej w tym roku :) W ciągu tego okresu udało mi się zmusić/przekonać (niepotrzebne skreślić) swojego mężczyznę do prowadzenia ze mną rozmów po chorwacku. W domu. Codziennie. Najlepiej cały czas.
Bardzo się cieszę, że w końcu się przekonał. Do je pory jego jedynym argumentem było: "Nie będziesz mnie rozumieć". A ja, jako że uparte ze mnie stworzenie, powtarzałam, że ze zrozumieniem to ja akurat żadnych problemów nie mam, gorzej u mnie z mówieniem i jak chcę się nauczyć i jeśli on chce, żebym się nauczyła, to nie ma, że boli. Jedziemy z chorwackim.
Codziennie rozmowy, a przede wszystkim słuchanie tego, co do mnie mówi, bardzo szybko przyniosło efekty... Mówię dośc pewnie, w miarę szybko, rzadko dłużej muszę zastanowić sie nad jakimś słowem. Ale... No właśnie, "ale". Nie samym chorwackim człowiek żyje. W związku z tym, że wśród moich znajomych jest niewielu Niemców, mój kontakt z tym językiem ogranicza się do czasu spędzonego na uczelni. Coraz częściej zdarza się, że zapominam niektórych słow albo mam problem z przypomnieniem sobie synonimów. Na szczęście isnieje "Duden.de" (swoją drogą, polecam wszystkim, którzy nie mają w domu słownika j. niemieckiego, a potrzebują np. odmiany czy rodzajnika - mnie już kilka razy uratował tyłek).
Konkretny problem zauważyłam np. w trakcie trwania seminarium "tłumaczenia chorwacko-niemieckie" (z którym zresztą od niedawna dałam sobie spokój, bo się zwyczajnie nie wyrabiam, ale to inna historia). Dowcip polegał na tym, aby w miarę poprawnie i wiernie (ale nie tak wiernie, jak w przypadku mojej dobrej znajomej - pani S.) przetłumaczyć na język niemiecki chorwacki, bośniacki lub serbski tekst. Ze zrozumieniem, poza bośniackimi tekstami, nie miałam większych problemów, ale kiedy przyszło co do czego i trzeba je było ładnie przetłumaczyć na niemiecki, okazywało się, że nagle zapominałam, jak na przykład tworzy się szyk zdania w niemieckim! W niemieckim, z którym przecież od 6 lat mam codziennie do czynienia!
Inny problem pojawia się przy nauce rosyjskiego. W zasadzie nigdy nie sądziłam, że te dwa języki mogą mi się kiedyś pomylić. Mimo wszystko często mylę koniugacje. Dziś na przykład walnęlam coś w stylu "Они ненавижут" - totalna głupota. "Я ненавижу", ale "они ненавидят". Odmianę chorwacką, w której czasowniki w 3. os. l. mn. często kończą się na "u" popieprzyłam z odmianą rosyjską, w której czasowniki kończą się co prawda na ут/ют, ale również na "ат/ят. I zakończyłam stwierdzeniem, że muzułmanie po rosyjsku nazywają się "муслиманы". Znów chorwackie słowo. Myślałam, że jak je wypowiem z ruskim akcentem, to od razu będzie charaszo :) Nie było... Dawno nie widziałam swojego wykładowcy z tak wytrzeszczonymi oczami :)
Na szczęśćie w czwartym semestrze udało mi się nareszcie znależć tandem-partnerkę. Ona pomaga mi w rosyjskim, gada ze mną, ja czytam na głos, ona mnie poprawia... I na odwrót. Strasznie sie cieszę, bo szkoda mi tego rosyjskiego. Gramatykę opanowałam w stopniu (mnie osobiście) zadowalającym, ale mówienie ciągle sprawia mi trudności. Ostatnio znalazłam jakiś darmowy angielsko-rosyjski kurs językowy. Ściągnęłam sobie w postaci mp3 i staram się słuchać kilka razy w tygodniu, np. przy zmywaniu naczyń czy wykonywaniu innych fascynujących czynności :D
Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie. Na razie walczę. Żadnego z języków nie stawiam na pierwszym miejscu, ponieważ chciałabym w miarę możliwości opanować wszystkie i nie zapomnieć żadnego z nich. Przede mną sporo pracy, a te cholerne przeprowadzki mnie wykańczają :)
Życzę Wam milego weekendu oraz jak najmniej stresu i językowych horrorów! ;)
ula
poniedziałek, 11 marca 2013
Recenzja - Vedrana Rudan - "Ucho, gardło, nóż".
Postanowiłam napisać co nie co o książce, na podstawie której piszę swoją pracę. "Uho, grlo, nož" to książka chorwackiej dziennikarki Vedrany Rudan, za którą to książkę ww. straciła pracę, wcześniej wywołująć skandal w Chorwacji.
Opowieśc utrzymana jest w formie monologu (z małymi wyjątkami), w którym bohaterka, Tonka Babić zwraca się bezpośrednio do czytelników. Co ważne, nie występuje tu forma liczby pojedynczej - Tonka używa jedynie formy "wy", co w toku czytania książki prowadzi do konkluzji, że pretensje zawarte w jej książce skierowane są do całego świata, a nie jednej konkretnej osoby czy instytucji.
Bohaterka jest 50-letnią kobietą, która co prawda kocha męża, z którym przeżyła ileś tam lat, ale planuje uciec od dotychczasowego życia wraz z kochankiem - młodszym o kilkanaście lat żonatym prawnikiem. W trakcie swoich rozważań przedstawia nam wybrane aspekty swego dotychczasowego życia oraz ocenia otaczającą ją rzeczywistość. Przede wszystkim analizuje stosunki chorwacko-serbskie po rozpadzie byłej Jugosławii. Jako córka całym sercem oddanej Partii chorwackiej komunistki oraz Serba, Živko Babića (z którym jej matkę łączył jedynie pojedynczy akt płciowy, w wyniku którego powstała Tonka), znajduje się ona między młotem a kowadłem. Zajadle krytykuje Serbów podających się za Chorwatów, sama jednak nie do końca chce przyznać się do swojego pół-serbskiego pochodzenia.
Książka jest gorzką analizą bałkańskiej rzeczywistości po 1992 roku, próbą odpowiedzenia na pytanie prznależności narodowej oraz prawa człowieka do godnego życia.
Napisana jest dośc specyficznym językiem. Krótkie, napisane głownie językiem potocznym zdania , masa wulgaryzmów, bezpośredniość i obcesowość wypowiedzi, ciągłe atakowanie czytelników, utożsamianych przez Tonkę z winnymi obecnej sytuacji - wszystko to może zafascynować lub zirytować.
Mnie drażniła przede wszystkim brak konkretnej chronologii oraz wieczne dygresje. Czytając kilka ostatnich stron przedostatniego rozdziału byłam po prostu zła i gdyby nie fakt, że musiałam doczytać tę książkę do końca, chyba bym nie wytrzymała. Muszę jednak przyznać, że zakończenie bardzo miło mnie zaskoczyło - było dość niespodziewane i raczej nietypowe.
Książka została przetłumaczona na język polski, uważam jednak, że warto przeczytać ją w oryginale. Polska wersja nie została co prawda okrojona do tego stopnia, co angielska, jednak po chorwacku czyta się po prostu inaczej.
"Ucho, gardło, nóż" polecam wszystkim interesującym sie kulturą i historią Bałkanów. Nie polecam jej natomiast osobom, których ta tematyka kompletnie nie interesuje - szybko Wam się znudzi.
Opowieśc utrzymana jest w formie monologu (z małymi wyjątkami), w którym bohaterka, Tonka Babić zwraca się bezpośrednio do czytelników. Co ważne, nie występuje tu forma liczby pojedynczej - Tonka używa jedynie formy "wy", co w toku czytania książki prowadzi do konkluzji, że pretensje zawarte w jej książce skierowane są do całego świata, a nie jednej konkretnej osoby czy instytucji.
Bohaterka jest 50-letnią kobietą, która co prawda kocha męża, z którym przeżyła ileś tam lat, ale planuje uciec od dotychczasowego życia wraz z kochankiem - młodszym o kilkanaście lat żonatym prawnikiem. W trakcie swoich rozważań przedstawia nam wybrane aspekty swego dotychczasowego życia oraz ocenia otaczającą ją rzeczywistość. Przede wszystkim analizuje stosunki chorwacko-serbskie po rozpadzie byłej Jugosławii. Jako córka całym sercem oddanej Partii chorwackiej komunistki oraz Serba, Živko Babića (z którym jej matkę łączył jedynie pojedynczy akt płciowy, w wyniku którego powstała Tonka), znajduje się ona między młotem a kowadłem. Zajadle krytykuje Serbów podających się za Chorwatów, sama jednak nie do końca chce przyznać się do swojego pół-serbskiego pochodzenia.
Książka jest gorzką analizą bałkańskiej rzeczywistości po 1992 roku, próbą odpowiedzenia na pytanie prznależności narodowej oraz prawa człowieka do godnego życia.
Napisana jest dośc specyficznym językiem. Krótkie, napisane głownie językiem potocznym zdania , masa wulgaryzmów, bezpośredniość i obcesowość wypowiedzi, ciągłe atakowanie czytelników, utożsamianych przez Tonkę z winnymi obecnej sytuacji - wszystko to może zafascynować lub zirytować.
Mnie drażniła przede wszystkim brak konkretnej chronologii oraz wieczne dygresje. Czytając kilka ostatnich stron przedostatniego rozdziału byłam po prostu zła i gdyby nie fakt, że musiałam doczytać tę książkę do końca, chyba bym nie wytrzymała. Muszę jednak przyznać, że zakończenie bardzo miło mnie zaskoczyło - było dość niespodziewane i raczej nietypowe.
Książka została przetłumaczona na język polski, uważam jednak, że warto przeczytać ją w oryginale. Polska wersja nie została co prawda okrojona do tego stopnia, co angielska, jednak po chorwacku czyta się po prostu inaczej.
"Ucho, gardło, nóż" polecam wszystkim interesującym sie kulturą i historią Bałkanów. Nie polecam jej natomiast osobom, których ta tematyka kompletnie nie interesuje - szybko Wam się znudzi.
sobota, 9 marca 2013
Reaktywacja bloga!
Witam Was bardzo serdecznie!
Strasznie głupia sprawa... Zgubiłam hasło do swojego cudownego konta Gmail, w związku z czym przez blisko rok byłam odcięta od bloga i wiadomości od Was! Wszystkich, którym odpisałam dopiero dziś w nocy, bardzo przepraszam i zapewniam, że to nie lenistwo, tylko po prostu pech. Kilka dni temu przypadkiem odkryłam kajecik, w którym miałam zapisane to cholerne hasło - cud...
W związku z tym, że ostatni post napisałam w... 2012 roku, gdzieś w lutym, zdążyło się u mnie trochę zmienić.
Przede wszystkim dałam sobie spokój z czeskim. Poszłam na pierwsze zajęcia w tym (trzecim) semestrze i kiedy okazało się, że nie potrafię (i nie chcę!) wydukać jakiejś tam daty i przerabiać po raz szósty rozdziału pt. "Życiorys" (nudny jak flaki z olejem), doszłam do wniosku, że przecież niepotrzebnie się męczę. Aż mnie rzucało na tych zajęciach, myślałam, że wybuchnę. Poszłam do Pana Nastroszonego i powiedziałam, że sorry Winnetou, ale trzy języki to za dużo (guzik prawda) i że niestety (haha!) padło na czeski. I wiecie co? Ulżyło mi niesamowicie. Mogłam wreszcie skoncentrować się na tym, co sprawia mi przyjemność i nie musiałam juz krzywić się na samą myśl o tych zajęciach.
Trauma jednak pozostała. Znienawidziłam ten język z całego serca. Głupio się przyznać, ale nie mogę słuchać czeskiego, o Czechach jako narodzie, o Czechach jako kraju, o czeskim piwie, o czeskim... No nienawidzę. Do Pragi też nie pojadę, choć to niby blisko. Nie chcę mieć z tym językiem nigdy więcej do czyniena.
Rosyjski nadal kocham. I kocham naszego Szalonego Wykładowcę, z którym piłam wódkę i który prywatnie jest nie mniej trzepnięty niż na uczelni :) Wymaga niemożliwego, ciśnie, krzyczy, robi z ludzi idiotów... i daje taką motywację, że nie można się nie nauczyć. Moja wymowa co prawda ciągle leży i kwiczy, ale niedawno znalazłam mentorkę z Białorusi i nareszcie zaczęłam trochę gadać :)
Teraz niby mam ferie, ale muszę czytać. Lermontowa (który mnie osobiście nudzi, ale wiecie, jak to jest - Lermontow "wielkim poetą był!" :)), Czechowa (którego uwielbiam) i jeszcze jakichś kilku autorów, z których niekoniecznie wszystkich znam :) Oczywiście wszystko po rosyjsku, więc pracy jest niemało, ale to nic - rosyjski uwielbiam!
Chorwacki też kocham. Nawet bardziej :) Radzę sobie dobrze, rozumiem artykuły w gazetach, czytam fachową (i nie tylko) literaturę po chorwacku, słucham chorwackiej muzyki... Ta muzyka to mój narkotyk :) Znacie zespół Crvena Jabuka? Jeśli nie, to żałujcie... Fantastyczni są.
Obecnie piszę pracę o książce Vedranz Rudan "Ucho, gardło, nóż". Potrzebne mi to na chorwacką literaturę. Książka jest... dziwna - niesamowicie wulgarna, ale nie banalna; wyzwolona, ale w tym swoim wyzwoleniu drażniąca; trywialna, ale traktująca o bardzo poważnych tematach (przede wszystkim o stosunkach chorwacko-serbskich po rozpadzie Jugosławii). Gdyby nie ten (mnie osobiście denerwujący) styl i gdybym NIE MUSIAŁA jej czytać, książka byłaby rewelacyjna :)
Uff. Jest 04.15 rano, lecę spać :)
Życzę Wam miłej niedzieli i mam nadzieję, że teraz będziemy się spotykać częściej :)
Pozdrawiam, ula
Strasznie głupia sprawa... Zgubiłam hasło do swojego cudownego konta Gmail, w związku z czym przez blisko rok byłam odcięta od bloga i wiadomości od Was! Wszystkich, którym odpisałam dopiero dziś w nocy, bardzo przepraszam i zapewniam, że to nie lenistwo, tylko po prostu pech. Kilka dni temu przypadkiem odkryłam kajecik, w którym miałam zapisane to cholerne hasło - cud...
W związku z tym, że ostatni post napisałam w... 2012 roku, gdzieś w lutym, zdążyło się u mnie trochę zmienić.
Przede wszystkim dałam sobie spokój z czeskim. Poszłam na pierwsze zajęcia w tym (trzecim) semestrze i kiedy okazało się, że nie potrafię (i nie chcę!) wydukać jakiejś tam daty i przerabiać po raz szósty rozdziału pt. "Życiorys" (nudny jak flaki z olejem), doszłam do wniosku, że przecież niepotrzebnie się męczę. Aż mnie rzucało na tych zajęciach, myślałam, że wybuchnę. Poszłam do Pana Nastroszonego i powiedziałam, że sorry Winnetou, ale trzy języki to za dużo (guzik prawda) i że niestety (haha!) padło na czeski. I wiecie co? Ulżyło mi niesamowicie. Mogłam wreszcie skoncentrować się na tym, co sprawia mi przyjemność i nie musiałam juz krzywić się na samą myśl o tych zajęciach.
Trauma jednak pozostała. Znienawidziłam ten język z całego serca. Głupio się przyznać, ale nie mogę słuchać czeskiego, o Czechach jako narodzie, o Czechach jako kraju, o czeskim piwie, o czeskim... No nienawidzę. Do Pragi też nie pojadę, choć to niby blisko. Nie chcę mieć z tym językiem nigdy więcej do czyniena.
Rosyjski nadal kocham. I kocham naszego Szalonego Wykładowcę, z którym piłam wódkę i który prywatnie jest nie mniej trzepnięty niż na uczelni :) Wymaga niemożliwego, ciśnie, krzyczy, robi z ludzi idiotów... i daje taką motywację, że nie można się nie nauczyć. Moja wymowa co prawda ciągle leży i kwiczy, ale niedawno znalazłam mentorkę z Białorusi i nareszcie zaczęłam trochę gadać :)
Teraz niby mam ferie, ale muszę czytać. Lermontowa (który mnie osobiście nudzi, ale wiecie, jak to jest - Lermontow "wielkim poetą był!" :)), Czechowa (którego uwielbiam) i jeszcze jakichś kilku autorów, z których niekoniecznie wszystkich znam :) Oczywiście wszystko po rosyjsku, więc pracy jest niemało, ale to nic - rosyjski uwielbiam!
Chorwacki też kocham. Nawet bardziej :) Radzę sobie dobrze, rozumiem artykuły w gazetach, czytam fachową (i nie tylko) literaturę po chorwacku, słucham chorwackiej muzyki... Ta muzyka to mój narkotyk :) Znacie zespół Crvena Jabuka? Jeśli nie, to żałujcie... Fantastyczni są.
Obecnie piszę pracę o książce Vedranz Rudan "Ucho, gardło, nóż". Potrzebne mi to na chorwacką literaturę. Książka jest... dziwna - niesamowicie wulgarna, ale nie banalna; wyzwolona, ale w tym swoim wyzwoleniu drażniąca; trywialna, ale traktująca o bardzo poważnych tematach (przede wszystkim o stosunkach chorwacko-serbskich po rozpadzie Jugosławii). Gdyby nie ten (mnie osobiście denerwujący) styl i gdybym NIE MUSIAŁA jej czytać, książka byłaby rewelacyjna :)
Uff. Jest 04.15 rano, lecę spać :)
Życzę Wam miłej niedzieli i mam nadzieję, że teraz będziemy się spotykać częściej :)
Pozdrawiam, ula
poniedziałek, 20 lutego 2012
Podsumowanie roku 2011 i plany na 2012.
Witam Was serdecznie!
Widzę, że liczba Czytelników mojego bloga konsekwentnie wzrasta - dziękuję Wam bardzo! :)
Mamy połowę, właściwie koniec lutego i myślę, że teraz spokojnie mogę zrobić małe podsumowanie.
W roku 2011 zaczęłam tak naprawdę uczyć się rosyjskiego i czeskiego. O ile jestem w stanie powiązać swoją przyszłość z językiem naszych wschodnich sąsiadów, to czeski trochę mnie martwi. Owszem, potrafię powiedzieć po czesku, kim był Vaclav Havel, gdzie leży Republika Czeska i co robią Katka i Viktor każdego dnia... ale to wszystko. Mam poważne problemy ze słuchaniem (dzięki naszemu cudownie nastroszonemu, wiecznie znudzonemu Panu Docentowi, wymawiającemu wszystko przesadnie wyraźnie i powoli...) i tak naprawdę nie potrafiłabym jeszcze chyba nawet kupić chleba w piekarni.
Jeśli chodzi o rosyjski, to gdybym nie odpuściła sobie pod koniec semestru, byłabym nawet zadowolona. Tutaj szwankuje trochę wymowa, ale to wyłącznie moja wina, przyznaję się bez bicia. Mimo wszystko potrafię sklecić kilka zdań bez kretyńskiego uczenia się na pamięć krótkich tekstów, które i tak do niczego by mi się nie przydały.
Chorwacki :) Koleje losu sprawiły, że od niedawno związałam się z obywatelem chorwackim :) Moja motywacja dotycząca nauki języka natychmiast wzrosła i "Chcę nauczyć się chorwackiego" zamieniło się w zwykłe "Nauczę się". Jak do tej pory nie uczyłam się jakimś specjalnym systemem - umiem już trochę kląć, wyznawać uczucia po chorwacku i coraz więcej rozumiem. Mimo, że z braku czasu nie zdarzyło mi się jeszcze zajrzeć do podręcznika, powoli zaczynam rozumieć podstawową gramatykę i niesamowicie szybko zapamiętuję nowe zwroty i słówka. Bardzo mnie to cieszy, bo ten język stał się dla mnie priorytetem :)
Jeśli chodzi o plany na rok 2012, to mam zamiar kontynuować naukę tych trzech języków i chwilowo odstawić na drugi plan inne, co do których miałam jakieś plany. Myślę, że 3 języki to w tej chwili moje maksimum, a nie chcę się zniechęcać. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w kwietniu powinien rozpocząć się kurs chorwackiego na mojej uczelni. Zależy mi na tym i chciałabym móc skupić się na nauce. Zobaczymy, na jak długo wystarczy mi zapału :)
Pozdrawiam Was serdecznie i przesyłam spóźnione życzenia wszystkiego najlepszego w 2012 roku!
ula
Widzę, że liczba Czytelników mojego bloga konsekwentnie wzrasta - dziękuję Wam bardzo! :)
Mamy połowę, właściwie koniec lutego i myślę, że teraz spokojnie mogę zrobić małe podsumowanie.
W roku 2011 zaczęłam tak naprawdę uczyć się rosyjskiego i czeskiego. O ile jestem w stanie powiązać swoją przyszłość z językiem naszych wschodnich sąsiadów, to czeski trochę mnie martwi. Owszem, potrafię powiedzieć po czesku, kim był Vaclav Havel, gdzie leży Republika Czeska i co robią Katka i Viktor każdego dnia... ale to wszystko. Mam poważne problemy ze słuchaniem (dzięki naszemu cudownie nastroszonemu, wiecznie znudzonemu Panu Docentowi, wymawiającemu wszystko przesadnie wyraźnie i powoli...) i tak naprawdę nie potrafiłabym jeszcze chyba nawet kupić chleba w piekarni.
Jeśli chodzi o rosyjski, to gdybym nie odpuściła sobie pod koniec semestru, byłabym nawet zadowolona. Tutaj szwankuje trochę wymowa, ale to wyłącznie moja wina, przyznaję się bez bicia. Mimo wszystko potrafię sklecić kilka zdań bez kretyńskiego uczenia się na pamięć krótkich tekstów, które i tak do niczego by mi się nie przydały.
Chorwacki :) Koleje losu sprawiły, że od niedawno związałam się z obywatelem chorwackim :) Moja motywacja dotycząca nauki języka natychmiast wzrosła i "Chcę nauczyć się chorwackiego" zamieniło się w zwykłe "Nauczę się". Jak do tej pory nie uczyłam się jakimś specjalnym systemem - umiem już trochę kląć, wyznawać uczucia po chorwacku i coraz więcej rozumiem. Mimo, że z braku czasu nie zdarzyło mi się jeszcze zajrzeć do podręcznika, powoli zaczynam rozumieć podstawową gramatykę i niesamowicie szybko zapamiętuję nowe zwroty i słówka. Bardzo mnie to cieszy, bo ten język stał się dla mnie priorytetem :)
Jeśli chodzi o plany na rok 2012, to mam zamiar kontynuować naukę tych trzech języków i chwilowo odstawić na drugi plan inne, co do których miałam jakieś plany. Myślę, że 3 języki to w tej chwili moje maksimum, a nie chcę się zniechęcać. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w kwietniu powinien rozpocząć się kurs chorwackiego na mojej uczelni. Zależy mi na tym i chciałabym móc skupić się na nauce. Zobaczymy, na jak długo wystarczy mi zapału :)
Pozdrawiam Was serdecznie i przesyłam spóźnione życzenia wszystkiego najlepszego w 2012 roku!
ula
sobota, 26 listopada 2011
Chorwacki - pierwsze wrażenia.
Jak juz wspominałam, postanowiłam nauczyć sie języka chorwackiego. Taki mały spontan ;) Kilka dni temu dostałam pierwsze materiały - podręcznik ićwiczenia pt. "Učimo hrvatski". Chwilowo jestem na etapie przeglądania książek, porównywania słownictwa i sprawdzania, ile z tego wszystkiego rozumiem. Kilka razy roześmiałam sie w głos (a mówią, że to czeski jest najśmiejszniejszy), ale język jako taki nawet mi się podoba.
Poza tym okazało sie, że mam ogromne szczęście! W letnim semestrze na mojej uczelni zaczyna sie kur chorwackiego! :) Bylam pewna, że zaczął sie w semestrze zimowym, a tu zonk. Super sprawa, na pewno zapiszę sie na kurs, tym bardziej, że jest to dla mnie kolejny powód, żeby nie uczyć się polskiego z panią S... Do tej pory mnie trzęsie, jak sobie przypomnę.
Mój chorwacki pracodawca jest zachwycony :) Ja też bardzo się cieszę. Znów mam jakis cel. Na razie słucham chorwackiej muzyki, klasyków jak Oliver Dragojević, a ostatnio znalazłam na YT kilka nowoczesnych zespołów, których od biedy da sie słuchać, jeśli ktoś lubi dance :) Ja co prawda nie lubię, ale jakoś w tym wypadku naprawdę nie mam problemu z tą muzyką.
Jeśli ktoś z Was ma jakieś doświadczenie w nauce tego języka, będę wdzięczna za wszystkie komentarze i ewentualne wskazówki :)
Trzymajcie się cieplutko! :)
ula
Poza tym okazało sie, że mam ogromne szczęście! W letnim semestrze na mojej uczelni zaczyna sie kur chorwackiego! :) Bylam pewna, że zaczął sie w semestrze zimowym, a tu zonk. Super sprawa, na pewno zapiszę sie na kurs, tym bardziej, że jest to dla mnie kolejny powód, żeby nie uczyć się polskiego z panią S... Do tej pory mnie trzęsie, jak sobie przypomnę.
Mój chorwacki pracodawca jest zachwycony :) Ja też bardzo się cieszę. Znów mam jakis cel. Na razie słucham chorwackiej muzyki, klasyków jak Oliver Dragojević, a ostatnio znalazłam na YT kilka nowoczesnych zespołów, których od biedy da sie słuchać, jeśli ktoś lubi dance :) Ja co prawda nie lubię, ale jakoś w tym wypadku naprawdę nie mam problemu z tą muzyką.
Jeśli ktoś z Was ma jakieś doświadczenie w nauce tego języka, będę wdzięczna za wszystkie komentarze i ewentualne wskazówki :)
Trzymajcie się cieplutko! :)
ula
niedziela, 13 listopada 2011
Powrót do korzeni, czyli rosyjski i czeski 1 oraz... chorwacki! :)
Witam Was po długiej przerwie! Nie bardzo mialm czas pisać - praca, studia, kocioł ze zmianą kierunku (musiałam zrezygnować z semitystyki na rzecz religioznawstwa)... Któregoś dnia zajrzałam na swój blog i zobaczłam cztery kolejne osoby obserwujące moją tworczość ;) Dziękuję Wam, zmotywowaliście mnie do dalszego pisania!
Wróciłam na studia. W zasadzie powtarzam semestr. Od początku robię rosyjski i czeski. W obu językach jestem naprawdę do przodu na tle całej grupy, ma to oczywiście swoje wady i zalety. Wady: cóż, nauka cyrylicy i podstawowych słówek - nuuuuda :) Zalety? Bardziej poprawna wymowa z uwzględnieniem redukcji wszelkiego stopnia, miękkich spółgłosek, rosyjskiego twardego "l" i oczywiście utrwalenie wiadomości z zeszłego roku. Nie mogę narzekać.
Z czeskiego pamiętam naprawdę sporo, sama jestem zaskoczona ilością słów i zwrotów, które wciąż mam w głowie. I to mimo że nawet nie tknęłam czeskiego przez te ostatnie miesiące! Tutaj też co prawda trochę się nudzę, ale chwilami jest nawet dość zabawnie. Ostatnio ku uciesze dra P. recytowałam z pamięci tekty o Vaclavie Havlu i Republice Czeskiej... :)
Ostatnio mam sporo kontaktu z językiem chorwackim. Mój pracodawca jest Chorwatem i stwierdziliśmy oboje, że to głupie porozumiewać się po niemiecku :) On chce się uczyć polskiego a ja chorwackiego. Zamierzam wypożyczyć sobie materiały od koleżanki i chociaż spróbować. Wydaje mi się, że ma to ręce i nogi, ponieważ mam żywy kontakt z tym językiem, mogę się osłuchać z akcentem i wymową, która jak do tej pory wydaje mi się dość prosta. Sporo zapożyczeń z rosyjskiego lub czeskiego a także wspólnosłowiańskie wyrażenia pozwalają mi całkiem sporo zrozumieć i cieszy mnie, że nie zaczynam całkiem ood zera. Ciekawe, co z tego wyniknie :)
Na pewno będę Was informować o ewentualnych postępach :) Trzymajcie kciuki, żebym nie straciła zapału!
ula
Wróciłam na studia. W zasadzie powtarzam semestr. Od początku robię rosyjski i czeski. W obu językach jestem naprawdę do przodu na tle całej grupy, ma to oczywiście swoje wady i zalety. Wady: cóż, nauka cyrylicy i podstawowych słówek - nuuuuda :) Zalety? Bardziej poprawna wymowa z uwzględnieniem redukcji wszelkiego stopnia, miękkich spółgłosek, rosyjskiego twardego "l" i oczywiście utrwalenie wiadomości z zeszłego roku. Nie mogę narzekać.
Z czeskiego pamiętam naprawdę sporo, sama jestem zaskoczona ilością słów i zwrotów, które wciąż mam w głowie. I to mimo że nawet nie tknęłam czeskiego przez te ostatnie miesiące! Tutaj też co prawda trochę się nudzę, ale chwilami jest nawet dość zabawnie. Ostatnio ku uciesze dra P. recytowałam z pamięci tekty o Vaclavie Havlu i Republice Czeskiej... :)
Ostatnio mam sporo kontaktu z językiem chorwackim. Mój pracodawca jest Chorwatem i stwierdziliśmy oboje, że to głupie porozumiewać się po niemiecku :) On chce się uczyć polskiego a ja chorwackiego. Zamierzam wypożyczyć sobie materiały od koleżanki i chociaż spróbować. Wydaje mi się, że ma to ręce i nogi, ponieważ mam żywy kontakt z tym językiem, mogę się osłuchać z akcentem i wymową, która jak do tej pory wydaje mi się dość prosta. Sporo zapożyczeń z rosyjskiego lub czeskiego a także wspólnosłowiańskie wyrażenia pozwalają mi całkiem sporo zrozumieć i cieszy mnie, że nie zaczynam całkiem ood zera. Ciekawe, co z tego wyniknie :)
Na pewno będę Was informować o ewentualnych postępach :) Trzymajcie kciuki, żebym nie straciła zapału!
ula
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Z pamiętnika poliglotki
Od mojego ostatniego wpisu minęło 7 lat. To sporo czasu i oczywiście wiele się od tego czasu zmieniło (choć nie wszystko). Nadal interesuję ...
-
Plakat projektu. Dzisiejszy wpis poświęcony jest wymianie uczniowsko-studenckiej, w której miałam przyjemność wziąć udział w sierpniu te...
-
Witam Was po bardzo długiej przerwie i - nareszcie byłam na zasłużonym urlopie! :) Cieszę się, że mojego bloga czyta coraz więcej osób i m...
-
Jak juz wspominałam, postanowiłam nauczyć sie języka chorwackiego. Taki mały spontan ;) Kilka dni temu dostałam pierwsze materiały - podręcz...