poniedziałek, 11 marca 2013

Recenzja - Vedrana Rudan - "Ucho, gardło, nóż".

Postanowiłam napisać co nie co o książce, na podstawie której piszę swoją pracę. "Uho, grlo, nož" to książka chorwackiej dziennikarki Vedrany Rudan, za którą to książkę ww. straciła pracę, wcześniej wywołująć skandal w Chorwacji.

Opowieśc utrzymana jest w formie monologu (z małymi wyjątkami), w którym bohaterka, Tonka Babić zwraca się bezpośrednio do czytelników. Co ważne, nie występuje tu forma liczby pojedynczej - Tonka używa jedynie formy "wy", co w toku czytania książki prowadzi do konkluzji, że pretensje zawarte w jej książce skierowane są do całego świata, a nie jednej konkretnej osoby czy instytucji.

Bohaterka jest 50-letnią kobietą, która co prawda kocha męża, z którym przeżyła ileś tam lat, ale planuje uciec od dotychczasowego życia wraz z kochankiem - młodszym o kilkanaście lat żonatym prawnikiem. W trakcie swoich rozważań przedstawia nam wybrane aspekty swego dotychczasowego życia oraz ocenia otaczającą ją rzeczywistość. Przede wszystkim analizuje stosunki chorwacko-serbskie po rozpadzie byłej Jugosławii. Jako córka całym sercem oddanej Partii chorwackiej komunistki oraz Serba, Živko Babića (z którym jej matkę łączył jedynie pojedynczy akt płciowy, w wyniku którego powstała Tonka), znajduje się ona między młotem a kowadłem. Zajadle krytykuje Serbów podających się za Chorwatów, sama jednak nie do końca chce przyznać się do swojego pół-serbskiego pochodzenia. 

Książka jest gorzką analizą bałkańskiej rzeczywistości po 1992 roku, próbą odpowiedzenia na pytanie prznależności narodowej oraz prawa człowieka do godnego życia.

Napisana jest dośc specyficznym językiem. Krótkie, napisane głownie językiem potocznym zdania , masa wulgaryzmów, bezpośredniość i obcesowość wypowiedzi, ciągłe atakowanie czytelników, utożsamianych przez Tonkę z winnymi obecnej sytuacji - wszystko to może zafascynować lub zirytować.
Mnie drażniła przede wszystkim brak konkretnej chronologii oraz wieczne dygresje. Czytając kilka ostatnich stron przedostatniego rozdziału byłam po prostu zła i gdyby nie fakt, że musiałam doczytać tę książkę do końca, chyba bym nie wytrzymała. Muszę jednak przyznać, że zakończenie bardzo miło mnie zaskoczyło - było dość niespodziewane i raczej nietypowe.


Książka została przetłumaczona na język polski, uważam jednak, że warto przeczytać ją w oryginale. Polska wersja nie została co prawda okrojona do tego stopnia, co angielska, jednak po chorwacku czyta się po prostu inaczej.

"Ucho, gardło, nóż" polecam wszystkim interesującym sie kulturą i historią Bałkanów. Nie polecam jej natomiast osobom, których ta tematyka kompletnie nie interesuje - szybko Wam się znudzi.

sobota, 9 marca 2013

Reaktywacja bloga!

Witam Was bardzo serdecznie!

Strasznie głupia sprawa... Zgubiłam hasło do swojego cudownego konta Gmail, w związku z czym przez blisko rok byłam odcięta od bloga i wiadomości od Was! Wszystkich, którym odpisałam dopiero dziś w nocy, bardzo przepraszam i zapewniam, że to nie lenistwo, tylko po prostu pech. Kilka dni temu przypadkiem odkryłam kajecik, w którym miałam zapisane to cholerne hasło - cud...

W związku z tym, że ostatni post napisałam w... 2012 roku, gdzieś w lutym, zdążyło się u mnie trochę zmienić.

Przede wszystkim dałam sobie spokój z czeskim. Poszłam na pierwsze zajęcia w tym (trzecim) semestrze i kiedy okazało się, że nie potrafię (i nie chcę!) wydukać jakiejś tam daty i przerabiać po raz szósty rozdziału pt. "Życiorys" (nudny jak flaki z olejem), doszłam do wniosku, że przecież niepotrzebnie się męczę. Aż mnie rzucało na tych zajęciach, myślałam, że wybuchnę. Poszłam do Pana Nastroszonego i powiedziałam, że sorry Winnetou, ale trzy języki to za dużo (guzik prawda) i że niestety (haha!) padło na czeski. I wiecie co? Ulżyło mi niesamowicie. Mogłam wreszcie skoncentrować się na tym, co sprawia mi przyjemność i nie musiałam juz krzywić się na samą myśl o tych zajęciach.

Trauma jednak pozostała. Znienawidziłam ten język z całego serca. Głupio się przyznać, ale nie mogę słuchać czeskiego, o Czechach jako narodzie, o Czechach jako kraju, o czeskim piwie, o czeskim... No nienawidzę. Do Pragi też nie pojadę, choć to niby blisko. Nie chcę mieć z tym językiem nigdy więcej do czyniena.

Rosyjski nadal kocham. I kocham naszego Szalonego Wykładowcę, z którym piłam wódkę i który prywatnie jest nie mniej trzepnięty niż na uczelni :) Wymaga niemożliwego, ciśnie, krzyczy, robi z ludzi idiotów... i daje taką motywację, że nie można się nie nauczyć. Moja wymowa co prawda ciągle leży i kwiczy, ale niedawno znalazłam mentorkę z Białorusi i nareszcie zaczęłam trochę gadać :)
Teraz niby mam ferie, ale muszę czytać. Lermontowa (który mnie osobiście nudzi, ale wiecie, jak to jest - Lermontow "wielkim poetą był!" :)), Czechowa (którego uwielbiam) i jeszcze jakichś kilku autorów, z których niekoniecznie wszystkich znam :) Oczywiście wszystko po rosyjsku, więc pracy jest niemało, ale to nic - rosyjski uwielbiam!

Chorwacki też kocham. Nawet bardziej :) Radzę sobie dobrze, rozumiem artykuły w gazetach, czytam fachową (i nie tylko) literaturę po chorwacku, słucham chorwackiej muzyki... Ta muzyka to mój narkotyk :) Znacie zespół Crvena Jabuka? Jeśli nie, to żałujcie... Fantastyczni są.
Obecnie piszę pracę o książce Vedranz Rudan "Ucho, gardło, nóż". Potrzebne mi to na chorwacką literaturę. Książka jest... dziwna - niesamowicie wulgarna, ale nie banalna; wyzwolona, ale w tym swoim wyzwoleniu drażniąca; trywialna, ale traktująca o bardzo poważnych tematach (przede wszystkim o stosunkach chorwacko-serbskich po rozpadzie Jugosławii). Gdyby nie ten (mnie osobiście denerwujący) styl i gdybym NIE MUSIAŁA jej czytać, książka byłaby rewelacyjna :)

Uff. Jest 04.15 rano, lecę spać :)

Życzę Wam miłej niedzieli i mam nadzieję, że teraz będziemy się spotykać częściej :)

Pozdrawiam, ula

poniedziałek, 20 lutego 2012

Podsumowanie roku 2011 i plany na 2012.

Witam Was serdecznie!

Widzę, że liczba Czytelników mojego bloga konsekwentnie wzrasta - dziękuję Wam bardzo! :)

Mamy połowę, właściwie koniec lutego i myślę, że teraz spokojnie mogę zrobić małe podsumowanie.

W roku 2011 zaczęłam tak naprawdę uczyć się rosyjskiego i czeskiego. O ile jestem w stanie powiązać swoją przyszłość z językiem naszych wschodnich sąsiadów, to czeski trochę mnie martwi. Owszem, potrafię powiedzieć po czesku, kim był Vaclav Havel, gdzie leży Republika Czeska i co robią Katka i Viktor każdego dnia... ale to wszystko. Mam poważne problemy ze słuchaniem (dzięki naszemu cudownie nastroszonemu, wiecznie znudzonemu Panu Docentowi, wymawiającemu wszystko przesadnie wyraźnie i powoli...) i tak naprawdę nie potrafiłabym jeszcze chyba nawet kupić chleba w piekarni.

Jeśli chodzi o rosyjski, to gdybym nie odpuściła sobie pod koniec semestru, byłabym nawet zadowolona. Tutaj szwankuje trochę wymowa, ale to wyłącznie moja wina, przyznaję się bez bicia. Mimo wszystko potrafię sklecić kilka zdań bez kretyńskiego uczenia się na pamięć krótkich tekstów, które i tak do niczego by mi się nie przydały.

Chorwacki :) Koleje losu sprawiły, że od niedawno związałam się z obywatelem chorwackim :) Moja motywacja dotycząca nauki języka natychmiast wzrosła i "Chcę nauczyć się chorwackiego" zamieniło się w zwykłe "Nauczę się". Jak do tej pory nie uczyłam się jakimś specjalnym systemem - umiem już trochę kląć, wyznawać uczucia po chorwacku i coraz więcej rozumiem. Mimo, że z braku czasu nie zdarzyło mi się jeszcze zajrzeć do podręcznika, powoli zaczynam rozumieć podstawową gramatykę i niesamowicie szybko zapamiętuję nowe zwroty i słówka. Bardzo mnie to cieszy, bo ten język stał się dla mnie priorytetem :)

Jeśli chodzi o plany na rok 2012, to mam zamiar kontynuować naukę tych trzech języków i chwilowo odstawić na drugi plan inne, co do których miałam jakieś plany. Myślę, że 3 języki to w tej chwili moje maksimum, a nie chcę się zniechęcać. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w kwietniu powinien rozpocząć się kurs chorwackiego na mojej uczelni. Zależy mi na tym i chciałabym móc skupić się na nauce. Zobaczymy, na jak długo wystarczy mi zapału :)

Pozdrawiam Was serdecznie i przesyłam spóźnione życzenia wszystkiego najlepszego w 2012 roku!

ula

sobota, 26 listopada 2011

Chorwacki - pierwsze wrażenia.

Jak juz wspominałam, postanowiłam nauczyć sie języka chorwackiego. Taki mały spontan ;) Kilka dni temu dostałam pierwsze materiały - podręcznik ićwiczenia pt. "Učimo hrvatski". Chwilowo jestem na etapie przeglądania książek, porównywania słownictwa i sprawdzania, ile z tego wszystkiego rozumiem. Kilka razy roześmiałam sie w głos (a mówią, że to czeski jest najśmiejszniejszy), ale język jako taki nawet mi się podoba.

Poza tym okazało sie, że mam ogromne szczęście! W letnim semestrze na mojej uczelni zaczyna sie kur chorwackiego! :) Bylam pewna, że zaczął sie w semestrze zimowym, a tu zonk. Super sprawa, na pewno zapiszę sie na kurs, tym bardziej, że jest to dla mnie kolejny powód, żeby nie uczyć się polskiego z panią S... Do tej pory mnie trzęsie, jak sobie przypomnę.

Mój chorwacki pracodawca jest zachwycony :) Ja też bardzo się cieszę. Znów mam jakis cel. Na razie słucham chorwackiej muzyki, klasyków jak Oliver Dragojević, a ostatnio znalazłam na YT kilka nowoczesnych zespołów, których od biedy da sie słuchać, jeśli ktoś lubi dance :) Ja co prawda nie lubię, ale jakoś w tym wypadku naprawdę nie mam problemu z tą muzyką.

Jeśli ktoś z Was ma jakieś doświadczenie w nauce tego języka, będę wdzięczna za wszystkie komentarze i ewentualne wskazówki :)

Trzymajcie się cieplutko! :)

ula

niedziela, 13 listopada 2011

Powrót do korzeni, czyli rosyjski i czeski 1 oraz... chorwacki! :)

Witam Was po długiej przerwie! Nie bardzo mialm czas pisać - praca, studia, kocioł ze zmianą kierunku (musiałam zrezygnować z semitystyki na rzecz religioznawstwa)... Któregoś dnia zajrzałam na swój blog i zobaczłam cztery kolejne osoby obserwujące moją tworczość ;) Dziękuję Wam, zmotywowaliście mnie do dalszego pisania!

Wróciłam na studia. W zasadzie powtarzam semestr. Od początku robię rosyjski i czeski. W obu językach jestem naprawdę do przodu na tle całej grupy, ma to oczywiście swoje wady i zalety. Wady: cóż, nauka cyrylicy i podstawowych słówek - nuuuuda :) Zalety? Bardziej poprawna wymowa z uwzględnieniem redukcji wszelkiego stopnia, miękkich spółgłosek, rosyjskiego twardego "l" i oczywiście utrwalenie wiadomości z zeszłego roku. Nie mogę narzekać.

Z czeskiego pamiętam naprawdę sporo, sama jestem zaskoczona ilością słów i zwrotów, które wciąż mam w głowie. I to mimo że nawet nie tknęłam czeskiego przez te ostatnie miesiące! Tutaj też co prawda trochę się nudzę, ale chwilami jest nawet dość zabawnie. Ostatnio ku uciesze dra P. recytowałam z pamięci tekty o Vaclavie Havlu i Republice Czeskiej... :)

Ostatnio mam sporo kontaktu z językiem chorwackim. Mój pracodawca jest Chorwatem i stwierdziliśmy oboje, że to głupie porozumiewać się po niemiecku :) On chce się uczyć polskiego a ja chorwackiego. Zamierzam wypożyczyć sobie materiały od koleżanki i chociaż spróbować. Wydaje mi się, że ma to ręce i nogi, ponieważ mam żywy kontakt z tym językiem, mogę się osłuchać z akcentem i wymową, która jak do tej pory wydaje mi się dość prosta. Sporo zapożyczeń z rosyjskiego lub czeskiego a także wspólnosłowiańskie wyrażenia pozwalają mi całkiem sporo zrozumieć i cieszy mnie, że nie zaczynam całkiem ood zera. Ciekawe, co z tego wyniknie :)

Na pewno będę Was informować o ewentualnych postępach :) Trzymajcie kciuki, żebym nie straciła zapału!

ula

wtorek, 12 lipca 2011

O stereotypach, różnicach kulturowych i wzajemnej niechęci słów kilka.

Poniższy tekst przedstawia mój osobisty pogląd na sprawę stereotypów oraz różnic kulturalnych w sposób skrajnie subiektywny i nie ma na celu obrazy uczuć religijnych ani poszczególnych kręgów kulturowych.

Witam Was po długiej przerwie!

Dziś postanowiłam napisać co nieco o stereotypach dotyczących różnych narodowości. Jako Polka mieszkająca w Niemczech - kraju, w którym ze względu na wysoką różnorodność kulturową i narodowościową aż roi się od stereotypów - nieraz spotkałam się z niechęcią rodowitych Niemców do Rosjan czy Turków. Na swój temat nie usłyszałam jak do tej pory nic, może poza kawałami o Polakach, którymi od czasu do czasu raczy mnie mój chłopak :) Często zastanawiałam się, ile w tym prawdy a ile zwykłego strachu przed tym, co nowe i nieznane.

Muszę się pochwalić, że sama przyjechałam tu raczej bez uprzedzeń rasowych. Zmieniło się to po kilku pierwszych wyjściach na dyskotekę czy jakąś imprezę w plenerze. W tamtych czasach często sama latałam na koncerty czy na "90er Party". Przeszło mi, kiedy kilkakrotnie zostałam w ohydny sposób zaczepiona przez tureckich osobników płci męskiej. Nie ubierałam ani nie zachowywałam się prowokacyjnie, nie miałam rewelacyjnej figury, nie zaczepiałam nikogo, a mimo wszystko non stop miałam "branie" u takich typków. Jak dziś pamiętam pewną sobotę, kiedy wracałam sama z "Fabryki" i szło za mną dwóch takich. Było ciemno, cicho i oprócz naszej trójki ani pół człowieka. Krzyczeli coś za mną (wtedy jeszcze bardzo słabo znałam niemiecki) i w pewnym momencie zaczęli biec w moją stronę. Ze strachu stanęłam jak wryta. Na szczęście wszystko skończyło się niegroźnie i ci dwaj po prostu przebiegli obok mnie. Niechęć została...

Z czasem przestałam chodzić sama na imprezy. Mimo to nadal byłam zaczepiana, zawsze w ten sam wulgarny sposób. Trudno mi teraz powiedzieć, czy zawsze byli to Turcy czy też może Arabowie albo Marokańczycy. Tak czy inaczej do dziś trzymam się z dala od wszelkiej maści muzułmanów.

Á propos muzułmanów. Często słyszę w wiadomościach, że gdzieś tam (ostatnio chyba we Francji) zakazano noszenia burek, chust i całego tego religijnego kramu. Przyznam szczerze, że mnie też przeszkadza takie ostentacyjne prezentowanie poglądów religijnych. I nie dotyczy to tylko muzułmanów. Absolutnym "no-go" są też dla mnie krzyże w urzędach i szkołach. Jestem zdania, że należy oddzielać religię od państwa i że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Poza tym z tego co wiem, wiara chrześcijańska jest tępiona w wielu karajach muzułmańskich, dlatego też nie widzę potrzeby, żebyśmy my musieli tolerować na ulicach kobiety z zasłoniętymi twarzami czy 3 tysiącami chust na głowie.

Inna sprawa to kwestia pewnego dopasowania. Jeśli jadę do Arabii Saudyjskiej na wakacje, to przy 40 stopniach ciepła nie wolno mi założyć mino spódniczki, trzymać chłopaka za rękę czy publicznie go pocałować. Naturalnie cholernie mi to przeszkadza i myślę sobie "Jakim prawem!?". W momencie, kiedy chcę się tam przeprowadzić na stałe, musze liczyć się również z innymi ograniczeniami, np. praw kobiet. I nie ma że boli. Tak już jest i koniec, nikt nie będzie dla mnie robił wyjątków.

Różnice kulturowe będą istniały zawsze. Nie wyobrażam sobie, żebym miała mieszkać w Niemczech i ani trochę nie dostosować się do panujących tu zwyczajów i zasad. Wcale nie chodzi mi o "germanizację"! Nauczyłam się ich języka, jem ich potrawy, oglądam niemiecką telewizję i czytam ich prasę. Jednocześnie słucham polskiej muzyki, jeżdżę regularnie do domu, przywożę mojemu chłopakowi polską wódkę, gotuję kapuśniak i uczę teściową polskich słówek. Nie wściekam się, że nia mam tu polskiej telewizji, że w marketach kroją mi wędlinę nie używając rękawiczek (po prostu tej wędliny nie kupuję) i że dookoła sami Niemcy. Istnieje wiele niuansów, drobnostek, które na początku strasznie mnie drażniły, ale do których przecież idzie się przywyczaić. Niemiecki porządek, bio-świry czy indeksowanie filmów, gier i komiksów. Nie podoba mi się to czy tamto, ale przecież nikt mnie nie zmusza do życia tutaj! Jeśli mi się nie podoba, w każdej chwili mogę wyjechać. Jeśli natomiast zdecydowałam się na życie tutaj, muszę się z pewnymi faktami pogodzić.

Jeśli chodzi o inne kultury czy narody, to nie zauważyłam jakichś strasznych negatywów. O nas, Polakach, krążą oczywiście różne opinie: że złodzieje, że pijacy, że przemycają. Osobiście nie spotkałam się jak do tej pory z konkretną niechęcią czy rasizmem ze względu na pochodzenie. Z tego, co zauważyłam, jesteśmy dość lubiani przez inne narody słowiańskie, szczególnie przez Rosjan. Za Ruskimi znowu nie przepadają Niemcy, bo mają opinię niewychowanych, głośnych i wiecznie pijanych. Rumuni są leniwi. Bawarczycy to w ogóle nie Niemcy i są głupi :) Holendrzy non stop wpieprzają ser. Austriacy i Francuzi to pedały. We Francji nie dogadasz się bez znajomosći francuskiego (i to - wyłączając Alzację i może kilka innych regionów absolutna prawda!).

W Polsce też nie brakuje stereotypów. Każdy stary Niemiec był w SS, wszyscy latają w skórzanych gaciach i z piórkiem w kapeluszu, ryczą do siebie "Heil Hitler!, piją piwo i zagryzają golonką :) Jeśli chodzi o przynależność do niemieckich organzacji nacjonalistycznych, to dotyczyło to ok. 20% społeczeństwa. Większość starych Niemców dziękuje Bogu za to, że nie ma już wojny i modli się, żeby ten koszmar już nigdy nie powrócił. Skórzane gacie i piórko to przede wszystkim atrybut Bawarczyków, piwsko i golonka królują na Oktoberfeście, który przez większość społeczeństwa postrzegany jest jak - nie przymierzając - festiwal disco-polo w Ostródzie ;)

Jak widzimy, ze stereotypami jest różnie, wszystko zależy od człowieka. Swoje uprzedzenie do muzułmanów (choć to zbyt ogólnie powiedziane) chcę zwalczyć studiując semitystykę. Mam nadzieję, że ucząc się języka arabskiego oraz poznając tamtejszą kulutrę zmienię nieco swoje nastawienie i stanę się bardziej ufna.

Życzę Wam spokojnego tygodnia!
ula

wtorek, 3 maja 2011

Jakie znam języki? No polski...

Czy aby na pewno?

Chęć ułatwienia sobie nauki na zagranicznym uniwersytecie skłoniła mnie do wybrania polskiego jako jednego z trzech języków, których chcę się uczyć. Stwierdziłam, że z polskim nie powinnam mieć problemów, nie robię błędów ortograficznych, składniowcyh też raczej niewiele i generalnie czułam się raczej mocna.

Pierwszy semestr przeleciał raczej spokojnie, choć przy tłumaczeniach polsko-niemieckich mieliśmy trochę problemów. W pamięci zapadł mi przykład legendy o Smoku Wawelskim. W polskim tekście było napisane, że smok miał łapy. Większość z nas przetłumaczyła to słowo jako "Pfoten". Na zajęciach okazało się jednak, że część osób użyła słowa "Klauen", co dosłownie oznacza "pazury", bo "łapy" wydały im się głupie. Bo smok nie ma łap tylko pazury. I tu zaczęła się długa dyskusja na temat tego, co ma smok :)

Ja nawet lubiłam takie sytuacje, bo można było się pośmiać i taka dyskusja wprowadzała w nasze zajęcia trochę różnorodności. Zdziwiłam się dopiero robiąc tzw. "polski IV", czyli ostatni semestr języka. Tłumaczyliśmy z niemieckiego na polski i miało być fajnie, bo łatwo. Zamiast naszej docentki dostaliśmy jednak do dyspozycji panią S., kobietę mającą co najmniej dziwny pogląd na kwestię tłumaczenia z języka obcego, wymagającą od nas tłumaczenia tekstów słowo w słowo, bez względu na to, jak idiotycznie miało to brzmieć. Szlag mnie trafiał, bo nie byłam w stanie czegoś takiego stworzyć. Dla mnie tekst ma brzmieć. Nie raz i nie dwa sama wściekałam się na gównianych tłumaczy obcojęzycznych książek. Z panią S. nie było jednak dyskusji.

R. i ja byłyśmy tam na początku jedynymi Polkami. R. odpadła juz pierwszego dnia wstając w środku zajęć, zgarniając swoje rzeczy i wychodząc z sali. Powiedziała... No dobra, nie nadaje się to do cytowania :) Stwierdziła, że nie wróci na te zajęcia, że ta baba jest nienormalna i R. nie da sobie dmuchać w kaszę.
Ja jakoś wytrzymałam do końca zajęć, chociaż też myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, kiedy babka nie uznała mojego tlumaczenia jakiegoś tam zdania (już w tej chwili dokładnie nie pamiętam, jak brzmiało po niemiecku) i kazała mi zapisać taką perełkę: "Polska literatura stanęła między patriotycznym "obowiązkiem" a "oporem". Zapisałam po czym zapytałam, co to znaczy. Bo ja nie czaję. Po pierwsze moim zdaniem literatura jako nieożywione "coś" nie może sobie "stanąć" - to raz. Poza tym nie rozumiem znaczenia słów "obowiązek" i "opór", bo to z tekstu nie wynika, a to zdanie to sobie chyba sama wymyśliła. Rozgorzała gorąca dyskusja, w której w końcu stwierdziłam, że nie dam z siebie robić kretyna i napiszę po swojemu. A jak mi nie uzna na egzaminie, to zrobię taki wiatrak, że się zdziwi.

Inna sprawa, że te teksty były po prostu głupie. Już tydzień później znów dostaliśmy tekst, w którym tym razem "sztuka protestowała". Gwoździem do trumny okazało się zdanie "Pisarze poruszali niedozwolone treści". Użycie przeze mnie wyrażenia "pisarze zajmowali się niedozwolonymi tematami" pani S. uznała za głupie. I vice versa.

Skończyło się tym, że poszłam na skargę do docentki i powiedziałam, że albo ta baba się uspokoi albo ja tam więcej nie pójdę.

"Literatura usiłuje opisać losy ludzkiej egzystencji w sposób niezakłamany" (sic!). Napisałam "zgodny z prawdą/bez zakłamania". Źle. Za daleko od oryginalnego tekstu.

Kobieta próbowała mi tez wmówić, że forma "na przełomie lat 60-tych" jest poprawna. To ja jej mówię: ale na przełomie lat 60-tych i czego? 50-tych i 60-tych? 60-tych i 70-tych? Nie, po prostu 60-tych. No to tłumaczę jej jak chłop krowie na rowie, że przełom oznacza okres pomiędzy. Że nie może być "przełom lat 60-tych". Potrzebowała dwóch godzin, żeby przyznać mi rację.

Ja na tych zajęciach głupiałam. Nie wiedziałam już w końcu co jest poprawne, a co nie. Autentycznie zwątpiłam, jak babka opieprzyła u nas jednego Ukraińca, że przetłumaczył "Unabhängigkeit" jako "autonomia" a nie "niepodległość". Że źle, że znaczenie jest inne. Nie było.

Nawet nie chce mi się dalej opisywać, chociaż przykładów jest jeszcze mnóstwo. Jedyne, czego sie tam nauczyłam, to że nigdy nie zostanę nauczycielem języka polskiego. Zastanawiałam się nad tym przez pewien czas, ale mi przeszło. Nie jestem Miodkiem i pewnie nigdy nim nie będę, ale wydawało mi się, że jako tako funkcjonuję ze swoją znajomością języka polskiego, a tu zonk. A, jeszcze mi się przypomniało: wielka burza, którą rozpętałam mówiąc, że nie zaczyna się zdania od "ale", "bo", "dlatego". Pani S. stwierdziła, że "obcokrajowcom wolno". Ręce mi opadły, szczególnie że tydzień wcześniej przyczepiła się do mnie za zaczęcie zdania od "prawdopodobnie"(?).

W końcu stwierdziłam, że mam to gdzieś. Po co się denerwować skoro i tak nie wygram. Egzaminu w końcu nie pisałam z powodów zdrowotnych i szczerze mówiąc mam nadzieję, że nie będę już miała przyjemności pisać ich u pani S. Mimo wszystko coś tam się we mnie gotuje na samo wspomnienie :) Na razie pnę do przodu ucząc się innych języków. Do polskiego mam niestety stosunek "zakuć, zaliczyć", ale nie bardzo się tym przejmuję. To tylko głupi egzamin, a życie toczy się dalej :)

Podobnego optymizmu życzę Wam! :)
ula

Z pamiętnika poliglotki

Od mojego ostatniego wpisu minęło 7 lat. To sporo czasu i oczywiście wiele się od tego czasu zmieniło (choć nie wszystko). Nadal interesuję ...